Po krótkotrwałej, ale burzliwej przygodzie na czołowym, komercyjnym jednak portalu dziennikarstwa obywatelskiego, postanowiłem raz na zawsze skończyć z dziennikarskimi, histerycznymi scenkami, i wrócić na scenę, scenę teatralną, a dokładnie na scenę teatru alternatywnego, offowego, niezależnego, eksperymentalnego, awangardowego, czy jak tam, kto sobie chce nazwać, jednym słowem do Sceny na Lwowskiej
W tych ciekawych czasach, w których przyszło nam żyć, media nie kierują naszej uwagi w stronę kultury, a raczej skupiają ją na politycznych animozjach, prowokując nas, abyśmy opowiedzieli się po którejś z waśnionych stron, i zaangażowali się w walkę na śmierć i życie.
Wielu z nas, ze mną włącznie, od czasu do czasu daje się w te gierki wciągnąć, i o ile nie upamiętamy się w porę, i nie zrozumiemy, że ktoś tam na górze pociąga za sznurki, aby wywlec na ulicę i zantagonizować do tego stopnia, aby rzucić się sobie do gardeł, może to naprawdę skończyć się narodową tragedią.
Ale dzięki Bogu, Polacy mimo swojej impulsywności, to jednak inteligentni, kochający kulturę ludzie, o czym świadczą choćby ostatnie spędy, które nawet w połowie nie byli tak liczne, jak zapowiadali organizatorzy.
Prawda jest taka, że artysta potrzebuje ludzi w galerii, w teatrze, w kinie, księgarni, polityk ewentualnie na ulicy, i raz na kilka lat przy urnach.
Niestety, wybór należy do ludzi…