Alfons Walkiewicz - wspomnienia
Pan Alfons Walkiewicz, chce podzielić się swoją historią z amerykańską polonią, by nawet tam za oceanem, wszyscy wiedzieli, o tym, co im rodakom zgotował faszyzm i cały aparat hitlerowski. Gdy wybuchła wojna, pan Walkiewicz miał osiemnaście lat, ale wszystko co wydarzyło się ponad sześćdziesiąt lat temu, pamięta doskonale.
Jak to się zaczęło ?
- W roku 1942, byłem uczniem Technikum Mechanicznego w Radomiu. Niemcy, gdy wkroczyli do naszej szkoły zaproponowali nam dobrowolny wyjazd do Rzeszy, aby tam zdobywać kompletne wykształcenie. Niestety, mnie nie podobał się taki pomysł, za co zostałem ukarany, w bardzo dotkliwy sposób. Zabrano mnie i jeszcze kilku innych kolegów do jakiegoś budynku, ( który potem okazał się więzieniem ) gdzie przez parę godzin stałem skuty kajdankami i byłem tam odwrócony twarzą do ściany. Potem zabrano mnie na niekończące się przesłuchania, gdzie spisywano protokoły, przy czym chętnie raczono mnie wyzwiskami i biciem. Wynikało z tych protokołów, że przyznaję się do posiadania broni i współpracy z polskim podziemiem, czego nie potwierdziłem nigdy. Za każdym razem odmawiałem podpisania protokołu, bo nie chciałem sam na siebie wydać wyroku śmierci. Po przesłuchaniu, na którym byłem w bestialski sposób bity po głowie pękiem więziennych kluczy, zostałem wepchnięty do więziennej celi. Stałem jak wryty i nie wiedziałem, co dalej ze sobą zrobić – opowiada pan Walkiewicz.
Co było dalej?
- Cela nie była ogrzewana, zatem leżąc bez koców, z zimna tuliliśmy się jeden do drugiego coraz bliżej. Zrobiło się nam trochę cieplej i z tego bólu, niepewności i strachu co przyniesie jutrzejszy dzień, powoli zamknąłem załzawione oczy, które po chwili spowił mocny sen. Było jeszcze ciemno za zakratowanym oknem, gdy na korytarzu więziennym usłyszałem krzyki i otwieranie sąsiednich cel. Przebywający tu więzień Krakowiak, aresztowany w maju 1942 roku, powiedział mi, że stamtąd wychodzi się tylko na rozstrzelenie albo do obozu koncentracyjnego. Moim całym ja, zaczęły więc targać dziwne emocje i przeczucia. Chciałem w tym miejscu dodać, że komendantem V oddziału politycznego radomskiego więzienia, był niejaki Ferdynand Koch, do białej gorączki nienawidzący polskich więźniów. Znęcał się nad nami bezbronnymi w sposób straszny. Kopał nas w podbrzusze, co powodowało paraliżujący ból. Ferdynand wtedy śmiał się głośno i mówił, że polskie psy muszą mu się w pas kłaniać, szkoda tylko, że jedynie z bólu. Pluł nam w twarz, gdy staliśmy na baczność i krzyczał, że wszyscy Polacy będą całe życie kłaniali się Niemcom do samej ziemi. Nienawidził Polaków i nigdy nie wiadomo było, za co bije i dlaczego – relacjonuje człowiek.
Czy takie znęcanie się tego komendanta, miało miejsce każdego dnia?
- Tak, oczywiście. Raz dziennie, o tej samej porze, wynoszono z celi klozet i gnano nas przez korytarz do więziennej ubikacji okładając żelaznym łańcuchem po plecach. Najbardziej okrutny ze wszystkich naszych oprawców, był oczywiście Koch. Na czynności fizjologiczne przeznaczano nam tylko pięć minut, bez względu na liczbę więźniów. Ze spodniami w garści biegliśmy jak gonione psy z powrotem do celi. Ludzie starsi, mniej sprawni, załatwiali się w pośpiechu w spodnie, za co byli podwójnie bici. Po pierwsze za to, że nie przestrzegali czasu, a po drugie za to, że śmierdzieli. Kał z podłogi Koch nakazywał im zbierać gołymi rękami. Zawsze na jego służbie, urządzano nam gimnastykę na więziennym podwórzu. Kazał nam wtedy zdejmować koszule, sam stawał pośrodku, wymachiwał nogami i rękami, a nam nakazał biegać w kółko w rytm jego krzyków. Kto nie nadążał, tego smagał batem po gołych plecach, aż tryskała krew. Po dwudziestu minutach tego sportu, połowa więźniów była zbita do krwi i ledwo trzymała się na nogach.
Czy często pana, przesłuchiwano?
- Tak dosyć często, a co gorsze bardzo regularnie. Wezwano mnie pewnego razu na przesłuchanie razem z innymi więźniami. W pokoju oprawców siedzieli cywile biegle mówiący po polsku, a w rogu stało dwóch esesmanów. Oznajmili mi oni, że jeśli będę mówił prawdę, to szybko wyjdę na wolność. Zapytano mnie zatem, skąd miałem broń i gdzie ją schowałem. Nie przyznałem się do posiadania broni, bo nigdy jej nawet nie widziałem, a co dopiero posiadałem. Wtedy podskoczyło do mnie dwóch drabów z SS. Jeden chwycił mnie za kołnierz, uniósł do góry i rzucił na podłogę, a drugi nieludzko krzyczał:...
Zgnoimy cię, jeśli się nie przyznasz!.. Kazano mi wstać i silnym uderzeniem w twarz znów powalono mnie na podłogę. Zacząłem krwawić. Zapytano mnie, czy znałem na wolności Krakowiaka. Powiedziałem, że nie. A oni, że przez moją i tego Krakowiaka organizację giną nasi żołnierze i przez was wojna przeciąga się, ale my was wszystkich wyłapiemy i zniszczymy. Po chwili wprowadzili pobitego Krakowiaka. Kontynuowano bicie i kopanie na mnie i na pokrwawionym ledwo stojącym człowieku, nawet kiedy leżałem już półmartwy na podłodze, kopano mnie w bok i w plecy. Potem nastąpiła przerwa obiadowa i wepchnięto mnie do sąsiedniego pokoju. Po tym przesłuchaniu umieszczono mnie w piwnicy, gdzie ujrzałem leżącego Krakowiaka, który jęczał z bólu.
Rano wyprowadzili Krakowiaka z celi. Następnego dnia stanęliśmy wyprostowani na baczność, a przed nami przywlekli i położyli ledwo żywego Krakowiaka. Koch, kopiąc go buciorami, wzywał do powstania. Nikt z nas nie drgnął, kiedy pastwił się nad umierającym człowiekiem. Ferdynand Koch w końcu oznajmił, - to polskie gówno i tak do jutra zdechnie. Całe ciało Krakowiaka było w ranach i sińcach, a mocz oddawał razem z krwią, bo odbito mu chyba nerki. Wieczorem poprosiliśmy wartownika, żeby pozwolił przynieść z ubikacji wody w wiaderku i zaczęliśmy robić mu okłady. Nie wiedziałem, gdzie mam mu przykładać kompresy, cały był jedną otwartą raną. Miał cięte rany głowy, oczy nabrzmiałe krwią, sine paznokcie, gdyż wbijano mu w nie szpilki i dużo ciętych ran na rękach i nogach. Nie mogłem zrozumieć, jakim cudem on jeszcze żył – wtrąca pan Alfons.
Czy może pan mówić dalej?
- Tak, mogę, choć za każdym razem nie rozumiem skąd się w ludziach bierze tyle zła i nienawiści. Chory Krakowiak, po paru godzinach odpoczynku, zaczął o sobie opowiadać, choć nie podał nam nigdy swego imienia, oznajmił, że był tak jak ja ze Skarżyska. Aresztowano go w Starachowicach. Jakiś szpicel doniósł, że służył w Polskim Wojsku. Niemcy zaś wpadli na pomysł, aby już następnego dnia, obwieźć go po lasach, aby wskazał im miejsca, w których ukrył broń i amunicję, ale on nie pokazał Niemcom żadnych magazynów. Kluczył i twierdził, że nie może trafić. Gestapowcy wpadli w szał. Bili go do utraty przytomności, ale nie wydał nikogo. Wówczas przekazano go w ręce radomskiego gestapo. Kiedy rano służbę objął Koch, Krakowiak nie mógł już wstać do apelu. Koch rozpoczął śmiertelną serię kopnięć. Kopał go tak długo, aż ofiara przestała oddychać i dopiero wtedy wyszedł z celi. Potem kazał więźniom wywlec zwłoki za nogi na korytarz. Taki to był pogrzeb bohatera. W nocy nie spałem i myślałem tylko, czy przeżyję następny dzień. Rano otworzyły się drzwi do mojej celi i wywołano moje nazwisko. Wyprowadzono mnie na korytarz. Kazano mi się odwrócić twarzą do ściany i podnieść ręce do góry. Po paru godzinach stania w takiej pozycji, przyprowadzono mnie do niemieckich oprawców. Polecono mi nastepnie usiąść, po czym gestapowiec trzepnął mnie tak mocno w twarz, że spadłem z krzesła. Wywleczono mnie potem za kołnierz do sąsiedniego pokoju, gdzie stal tak zwany kozioł, lub bijak. Przełożono mnie przez to coś i przywiązano moje ręce i nogi. Bez żadnych pytań zaczęło się bicie mnie bykowcami. Jęczałem z bólu. Skóra pękała, spodnie przesiąknięte krwią przylepiały się do ciała. Zemdlałem. Otworzyłem oczy dopiero, gdy oblano mnie zimną wodą. Ponownie zawleczono mnie przed biurko na przesłuchanie. Jeden z oprawców prosił mnie obłudnie, żebym usiadł. Poprosiłem o zeznawanie na stojąco. Któryś z Niemców siłą posadził mnie na krześle. Ból był niesamowity. Krew polała mi się po twarzy, gdy któryś z moich „opiekunów" uderzył mnie kolbą karabinu w głowę. W końcu odprowadzono mnie do celi. Rany goiły się wolno i wolno mijały dni. Codziennie z przesłuchań wracali inni więźniowie, zbici i skatowani. W nocy słychać było tylko jęki. Co jakiś czas o świcie wywoływano kilku więźniów politycznych na rozstrzeliwanie, czekałem kiedy to będę ja - dławi słowa pan Alfons.
Jak zakończył się pana pobyt w radomskim wiezieniu?
- Dnia 3 listopada 1942 roku, o świcie wywołano mnie z celi. Byłem obolały i załamany psychicznie. Bałem się najgorszego. Wypędzono nas na więzienne podwórze. Było nas czterdziestu dwóch. Powiązano nam od przodu ręce sznurkami. Wydano chleb, który każdy z nas zjadł go od razu, po czym odstawiono wszystkich ciężarowym samochodem na radomski dworzec kolejowy. Od wschodniej strony stacji kolejowej klęczeliśmy w czwórkach na betonowym podjeździe na perony. Długo jeszcze czekaliśmy na przyjazd pociągu. Aż w końcu przyjechał, by zawieźć nas w nieznane. Siadaliśmy kolejno na podłodze rozkraczając nogi, między które siadał następny więzień. Podłoga i ściany wagonu były wysypane chlorowanym wapnem. Zakratowane okno zabite było deskami, między którymi znajdowały się duże szpary. Zaryglowano drzwi i pociąg ruszył. Przy załatwianiu potrzeb fizjologicznych pomocna okazała się znaleziona na podłodze mała butelka, którą każdy po napełnieniu musiał wylać, wspinając się wysoko na palcach, żeby sięgnąć do zakratowanego okna. Był to nie lada problem: unieść wysoko butelkę związanymi rękami i przechylić za oknem, podczas gdy pęd powietrza całą jej zawartość zawiewał z powrotem do środka na nasze twarze. Noc była potwornie zimna. Niektórzy wstawali z podłogi i nacierali sobie wzajemnie plecy, ręce i nogi, aby trochę się rozgrzać. Zmęczeni i głodni jechaliśmy już dwie doby nie wychodząc z wagonu. U niektórych napięcie nerwowe objawiało się rozstrojem żołądka. Do smrodu chlorku, doszedł dodatkowo smród ludzkich odchodów wywołujący odruch wymiotny. Był to listopad. Kojarzyłem sobie zatem listopadowe zrywy patriotyczne moich rodaków sprzed lat, ale czy ja też byłem polskim bohaterem i patriotą, osądzi to chyba historia... Nagle usłyszeliśmy szczekanie psów, a po chwili, kiedy pociąg już stanął, słychać było tępe uderzenia kolbami karabinów w ściany wagonów. Wszyscy poderwaliśmy się na równe nogi i odwrócili ku drzwiom. Drzwi naszego wagonu towarowego otworzyły się. Tam oczekiwali nas na rampie kolejowej oprawcy z SS ze stadem ujadających psów. To był cel naszej podróży pociągiem. Dotarliśmy do Auschwitz – kończy swą opowieść pan Alfons Walkiewicz.
EWA MICHAŁOWSKA WALKIEWICZ












