
Czy jest coś bardziej stresogennego od jesiennej, rozmazanej słoty? No właśnie jest!
Nic mnie bardziej nie wprowadza w nastrój przygnębienia niż szare, deszczowe, lodowato zimne (brr!) przedwiośnie! Walczę z tym uczuciem bezustannie, czyli walczę sama ze sobą, a że podobno pozytywne myślenie pomaga, trzymam się cały czas całkiem nieźle... Kilka dni temu, nie bacząc na ulewny deszcz i porywisty wiatr, poszłam na spacer do mojego lasu. Ubrałam się ciepło, narzuciłam granatową, nieprzemakalną pelerynę, przywiezioną niegdyś z Eftelingu, taką z czerwonym klaunem Pardoesem na plecach, wciągnęłam gumowce i odważnie stawiłam czoła rozkapryszonej aurze. Peleryna to był dobry wybór, parasolki nie utrzymałabym w ręku! Całe szczęście, że wiatr wiał mi w plecy, dzięki temu szybciej dotarłam, ba (!) prawie dofrunęłam do lasu.















